Najważniejsze informacje (kliknij, aby przejść)
Ma troje dzieci: Marię, Urszulę, Wojciecha oraz 10 wnucząt i 14 prawnucząt. - A kolejnych dwoje jest już w drodze - zaznacza Urszula. Pani Józefa mówi, że miała wspaniałego męża Mieczysława, 5 lat starszego od siebie. Przeżyli razem 66 lat. - Tata zmarł dokładnie w swoje 99. urodziny - wspomina Maria. - To był bardzo dobry człowiek - przerywa pani Józefa. Zawsze mi pomagał we wszystkim, zabierał na spacery.
Dzieciństwo i młodość w Owieczkach
Z Mieczysławem znali się od dzieciństwa, bo mieszkali w tej samej wiosce - Owieczki w powiecie sieradzkim. Pamięta go, jak gonił krowy pod jej domem do lasu. Ona też je pasła - za stodołą. Jak przyszedł czas na zamążpójście i przyszli swaty, przynajmniej wiedziała o kogo chodzi. - Młodzi w tamtych czasach nie mieli nic do gadania. Liczyło się tylko to, co która strona wnosi z ziemi i zwierząt hodowlanych do wspólnego gospodarstwa - tłumaczy Wojciech, syn pani Józefy.
Często jako dziecko bywała głodna. Dostawała kawałek chleba, a jak prosiła o więcej, to słyszała: Cicho być, nie ma jedzenia. Do szkoły chodziła wtedy, gdy ojciec pozwalał, choć była chętna do nauki. - Rodzice pchali tam najmłodszego brata, a ja, choć chciałam się uczyć, mogłam tylko wtedy, gdy nie było za dużo roboty. Nawet lekcje musiałam odrabiać nie w domu, tylko patrząc na krowy. Wynosiłam sobie stolik, stawiałam na podwórku i odrabiałam - wspomina pani Józefa.
Miała troje rodzeństwa: siostrę (rocznik 1920) i dwóch braci: (z roczników 1922 i 1932). Wszyscy już nie żyją.
Jak już było jedzenie, to na okrągło kasza jęczmienna albo jaglana. - Wszystko, co najzdrowsze, ale mamie zbrzydło - opowiada córka Maria. - W czasie wojny ciągle jedli zupę z suszonych grzybów i brukiew. Albo polewkę z gotowanych ziemniaków z odrobiną tłuszczu. Kaszę jaglaną mama do dziś rozpoznaje po zapachu i nie chce jeść.
Wojciech: - Lubi za to mączne potrawy, zwłaszcza kluski śląskie.
Maria: - Albo naleśniki. A wczoraj kurczaka jadła.
Pani Józefa: - Ja wszystko jem, tylko mało i musi być gotowane. Wtedy się dobrze czuję.
Do kościoła w dzieciństwie chodziła 5 km boso, bo szkoda było butów. - Pod kościołem ocierało się nogi szmatką, wkładało buty, żeby na mszy być elegancko ubranym. A z powrotem znów szło się na bosaka - wspomina pani Józefa. Miała jedną wyjściową sukienkę, więc bardzo o nią dbała. - Teraz młodzież ma tak dobrze, a nie wie, jak ma dobrze - wzdycha stulatka.
Wojciech: - Ta młodzież, o której mówi mama, to ma już po 30 lat - zauważa z uśmiechem.
II wojnę światową wszyscy z rodziny pani Józefy przeżyli. - Musieliśmy udawać, że w domu jest jedna córka, bo Niemcy co jakiś czas zaglądali, żeby sprawdzić, czy nie da się kogoś wysłać na przymusowe roboty - opowiada pani Józefa. - Zawsze więc albo ja, albo siostra ukrywałyśmy się podczas takiej niezapowiedzianej wizyty. Na szczęście tata umiał po niemiecku, więc zawsze zagadał.
Ale jednak zdarzyły się takie trzy straszne dni, że na wieść o zbliżającym się froncie, razem z sąsiadami uciekali do lasu i kryli się pod pierzynami, gdy Niemcy z samolotów ostrzeliwali okolicę. Na szczęście z rodziny pani Józefy wtedy nikt nie zginął.