Najważniejsze informacje (kliknij, aby przejść)
Dziś lot z Warszawy do Tokio trwa 12–13 godzin. Jednak w 1926 roku samolotem z otwartą kabiną, bez radia, nawigacji, a nawet bez spadochronów, pokonanie takiego dystansu było nie lada wyczynem. Można go porównać do słynnego, wykonanego rok później, przelotu Charlesa Lindbergha z Nowego Jorku do Paryża.
Trafił do panteonu podniebnych bohaterów
Orliński z Kubiakiem wystartowali 27 sierpnia 1926 roku z lotniska Pole Mokotowskie w Warszawie. Ich trasa wiodła przez Moskwę, Kazań, Omsk, Krasnojarsk, Irkuck, Czytę, Harbin, Mukden, Seul i Osakę. Emocjonująca była droga powrotna: dolecieli do Warszawy po serii prowizorycznych napraw po drodze, bez kawałka skrzydła, ze zdrutowanym śmigłem i zatartym silnikiem, który tylko cudem nie odpadł.
Ówczesne maszyny nie były stworzone do takich wyczynów, dlatego lotnicy przełamujący bariery techniczne, latający na granicy wytrzymałości ludzkiego organizmu, zostawali bohaterami.
Lot Orlińskiego miał jeszcze jeden wymiar: prestiżowy i polityczny. Polskie państwo liczyło zaledwie osiem lat, a ten wyczyn pokazał, że już dysponuje pilotami wyszkolonymi na najwyższym światowym poziomie.
Nie chciał szkolić, chciał walczyć
Bolesław Orliński w czasie II wojny światowej przedostał się do Anglii, gdzie ze względu na wiek oraz bezcenne doświadczenie oblatywacza został przydzielony do szkolenia młodych kadr w bazach RAF. Przez niemal trzy lata zabiegał o przeniesienie do jednostki bojowej, choć jako 40-latek przekraczał limity wieku dla pilotów operacyjnych.
Jednak w 1943 roku dopiął swego i trafił do 305. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Wielkopolskiej” latającego na szybkich dwusilnikowych maszynach szturmowych de Havilland Mosquito. Specjalizował się w nocnych lotach na niskim pułapie nad okupowaną Francją i Niemcami. Brał udział w niszczeniu niemieckiej infrastruktury transportowej, pociągów oraz składów paliw.
Podczas wojny wykonał 49 lotów bojowych, spędzając w powietrzu na zadaniach operacyjnych blisko 120 godzin, z czego zdecydowaną większość nocą.
Zmarł na emigracji
Nie wrócił do komunistycznej Polski. Mieszkał w RPA, a od 1953 roku w Kanadzie. Ostatnie lata życia spędził w polskim domu seniora Wawel Villa w Mississauga pod Toronto. Zmarł 28 lutego 1992 roku w wieku 92 lat. Zgodnie z jego ostatnią wolą urna z jego prochami została sprowadzona do Polski i złożona w grobowcu rodzinnym na cmentarzu na wrocławskim Sępolnie (jego rodzina po wojnie zamieszkała we Wrocławiu).
Zbiory jego pamiątek i dokumentów dały początek Muzeum i Archiwum im. płk. Bolesława Orlińskiego w Mississauga, a część osobistych archiwaliów i listów trafiła do rodziny we Wrocławiu.
Marzenia są po to, aby je realizować
Wrocław pamięta o bohaterze. Jego imię nosi Szkoła Podstawowa nr 118 przy ul. Bulwarowej. 11. Pułk Lotnictwa Myśliwskiego stacjonujący we Wrocławiu przyjął w 1994 roku płk. Orlińskiego na swojego patrona, podobnie jak Aeroklub Wrocławski. Na Gądowie mamy ulicę płk. Bolesława Orlińskiego, a od piątku 25 września również tramwaj jego imienia.
– Był człowiekiem, który nie bał się marzyć, który nie bał się stawiać sobie celów, a potem je realizować – mówił podczas uroczystości prezes MPK Wrocław Witold Woźny. – Dzisiaj, 25 września, przypada setna rocznica powrotu z tego lotu Warszawa–Tokio, jakiego pan Bolesław Orliński razem z mechanikiem Leonardem Kubiakiem dokonali.
Niech tramwaj przypomina o wartościach
Stanisław Błasiak, biograf Bolesława Orlińskiego, przypomina, że nasz bohater brał udział w trzech wojnach. W I wojnie najpierw jako żołnierz carskiej armii (pochodził z zaboru rosyjskiego), a później służył w I Korpusie Polskim gen. Dowbor-Muśnickiego. Następnie walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, a o jego służbie w czasie II wojny już wspominaliśmy.
– Zwracam się do tego tramwaju: jeździj po ulicach miasta Wrocławia i rozsławiaj Polskę, lotników i swojego patrona Bolesława Orlińskiego – krótko powitał tramwaj im. Orlińskiego Jerzy Ciesielski z Aeroklubu Wrocławskiego.
Tramwaj im. Bolesława Orlińskiego to Moderus Gamma o numerze taborowym 3326.